Czekoladowa jaglanka z malinami

Zdrowych dań ciąg dalszy… Dziś przywitaliśmy dzień pyszną jaglanką z czekoladą. Do tego dodatek bananów i malin oraz orzechów laskowych, po prostu pycha. Już kiedyś pisałam, że jaglanka jest jednym z moich ulubionych śniadań, węglowodanowych. Zdecydowanie bardziej smakuje mi jaglanka, niż owsianka, gryczanka, czy każda inna kasza w wydaniu porannym. Dodatkowo, ja osobiście po takim śniadaniu długo nie czuję się  głodna, co jest wyjątkowo ważne, gdy nie mam czasu na porządnie drugie śniadanie i muszę się zadowolić jabłkiem, czy inną szybką przekąską złapaną w biegu.

Kasza jaglana to jedno z najzdrowszych „superfood”, idealnie nadaje się do użycia zarówno w wersji na słodko, jak i na słono. Można ją użyć jako baza do różnorakich ciast, nawet jaglo-serników. Z czasem moje inne dania z kaszą jaglaną też pojawią się tu na blogu… Dziś proponuje pyszną czekoladową kaszę jaglaną.

Czekoladowa jaglanka z malinami

Składniki (na dwie porcje):

  • 1/3 szklanki kaszy jaglanej
  • 1 szklanka mleka
  • 4 kostki gorzkiej czekolady 70% kakao
  • 2 garści malin
  • 1 banan
  • 4 łyżki orzechów laskowych
  • 2 łyżki syropu klonowego (opcjonalnie)
  • kilka liści mięty

Sposób przygotowania:

Kaszę płuczemy pod bieżącą wodą, wsypujemy do garnka, wlewamy mleko i stawiamy na kuchni, zagotowujemy, skręcamy mocno gaz i gotujemy pod przykryciem 20 minut, mieszając co jakiś czas. TIP: gdy zauważysz że płynu jest za mało można odrobinę dodać.  W międzyczasie myjemy maliny, kroimy banana na plasterki, orzechy wrzucamy na nagrzaną patelnię i prażymy przez chwilę. Gdy kasza jest już ugotowana dodajemy pokrojone drobno kawałki czekolady. Mieszamy do uzyskania gładkiej masy, jeżeli czekolada się nie rozpuszcza, można kaszę jeszcze lekko podgrzać. Gładką masę przekładamy do miseczek, posypujemy po wierzchu malinami, bananami i orzechami. Jeżeli lubimy, gdy jaglanka jest słodka polewamy ją po wierzchu syropem klonowym, dekorujemy wierzch miętą.

Smacznego!!!

 

Polędwiczka z dorsza w porach – czyli pyszny obiad nie tylko od święta

Czasami uda mi się u nas w domu przemycić tradycyjny, rybny obiad. Nie jest to łatwe, gdyż moja młodsza latorośl zdecydowanie odmawia spożywania ryb za wyjątkiem łososia w prawie każdej postaci. Tym razem na szczęście się udało, a to w zasadzie tylko dzięki zapachowi, jaki rozchodził się w kuchni podczas gotowania tej rybki. Córka skuszona zapachem, przyszła ze swojego pokoju z pytaniem „co tak ładnie pachnie?”, gdy dowiedziała się, że to ryba, uznała że spróbuje. No i na szczęście był sukces. Wprawdzie stwierdziła, że „ten por to jest lepszy niż ta ryba, ale razem może być”. Nieważne, grunt, że zdrowy duży kawałek dorsza wylądował w małym brzuchu, a wiadomo „ryba wpływa na wszystko” na dzieci też 🙂 Można więc odhaczyć kolejny sprawdzony przepis na danie z rybą w roli głównej.

U nas polędwica z dorsza pojawiła się z dodatkiem grillowanych warzyw (papryka, cukinia, pieczarki) oraz puree ziemniaczanym z masełkiem i koperkiem. Razem było bardzo smacznie i zdrowo 🙂 Moim zdaniem jest to wyjątkowo łatwy przepis. Smażenie ryby, a w zasadzie jej duszenie zajmuje niewiele czasu, a efekt jest znakomity. Trzeba tylko wziąć pod uwagę fakt, że nieuważne przewracanie ryby może spowodować, że nam się ładne kawałki po prostu rozlecą na patelni. Ja zwykle używam do przewracania dwóch łopatek, jedną podkładam na spód, drugą na wierzch, przewracam i delikatnie zsuwam z łopatki. To według mnie najłatwiejszy sposób.

Gdybyście chcieli wzbogacić to danie, tak jak u mnie grillowanymi warzywami to przygotowanie ich jest dziecinnie proste. Nagrzać piekarnik do 200 stopni. Na blaszce ułożyć pokrojone w kawałki lub plastry warzywa, skropić oliwą, ja mam w tym celu oliwę z oliwek w atomizerze, doprawić delikatnie solą i pieprzem, i grillować w piekarniku około 20 minut. Dobrze jest w trakcie sprawdzić jak wygląda sytuacja. Niektóre warzywa grillują się szybciej, niektóre wolniej.

Polędwiczka z dorsza w sosie serowym

Składniki (4 porcje):

  • 4 kawałki polędwicy z dorsza około 600-800 g
  • 2 duże lub 3 średnie pory
  • 50 g masła klarowanego
  • 1 opakowanie gorgonzoli 200g
  • 100 ml śmietany 30%
  • kilka gałązek świeżego tymianku i rozmarynu
  • sól i pieprz

Sposób przygotowania:

Jeżeli rybę kupiliśmy zamrożoną należy ją rozmrozić. Rozmrożoną, lub świeżą rybę umyć, osuszyć ręcznikiem papierowym oraz posypać z każdej strony solą i świeżo mielonym pieprzem. Odstawić na pół godziny do lodówki. W międzyczasie umyć, osuszyć a następnie drobno pokroić pora. Na dużej patelni roztopić masło klarowane. Dorzucić do patelni pokrojone pory i podsmażyć mieszając do jakiś czas, aż por zmięknie. Zmniejszamy Na podduszonych porach układamy rybę, przykrywamy przykrywką i dusimy około 10 minut. Po tym czasie delikatnie przekładamy na drugą stronę. Polewamy delikatnie śmietaną i rozkruszamy gorgonzolę. Posypujemy po wierzchu pokrojonymi ziołami – tymiankiem i rozmarynem. Przykrywamy ponownie przykrywką i dusimy około 15 minut. Po tym czasie ser powinien się dobrze rozpuścić i oblać naszą rybę. Danie przekładamy na talerze. Ja podaje z puree ziemniaczanym i grillowanymi warzywami. Dobrze będzie też smakować z ryżem oraz duszoną marchewką z groszkiem. Smacznego!!!

 

Caprese z gotowanego buraka z fetą i orzechami włoskimi

W końcu przyszła upragniona wiosna… najwyższa pora pomyśleć o tym, że zbliża się sezon na letnie ubrania. Nie wiem jak u Was, ale ja zawsze po zimie mam lekki nadbagaż, którego chętnie bym się pozbyła. Wobec tego, należałby chyba zainteresować się zdrowym, lekkim i nie tuczącym jedzeniem. Dziś pierwszy pomysł z cyklu „coś zdrowego”. Sałatka a’la caprese z buraka. U mnie gości często na spotkaniach towarzyskich, w lunchboxie, jako dodatek do mięs z grilla. Świetnie sprawdza się też jako lekka kolacja, zdecydowanie polecam.

Są różne metody, aby przygotować buraka do tej sałatki. Można upiec go w piekarniku, można ugotować w wodzie (najsłabsza wersja, bo mnóstwo smaku zostaje w wodzie) lub ugotować na parze. Ja zwykle wybieram tą ostatnia opcję. Gotuję buraki w garnku do gotowania na parze, pod przykryciem około 45 minut do godziny. Po 45 minutach sprawdzam, czy burak jest miękki. Jeśli tak, to wyłączam gotowanie, jeśli nie dodaje kolejne kilka minut. Później buraki studzę, kroje, dodaje szpinak, fetę i orzechy. Polewam sosem i gotowe. Sałatka jest pyszna.

Caprese z gotowanego buraka z fetą i orzechami włoskimi

Składniki:

  • 100 g świeżego szpinaku
  • 2 duże buraki
  • 100 g sera feta
  • 50 g orzechów włoskich
  • 2 łyżki olej lniany
  • 1-1,5 łyżeczki octu balsamicznego
  • 2 łyżki soku malinowego
  • sól i pieprz
  • szczypta chilli w płatkach

Sposób przygotowania:

Buraki obieram przed gotowaniem, ale można też umyć je, ugotować lub upiec w skórce i obrać dopiero po ugotowaniu. Mnie tak jest łatwiej, poza tym uważam, że straty w smaku są niewielkie, więc po co sobie utrudniać :-), obieram więc buraki, wkładam do garnka do gotowania na parze i gotuję pod przykryciem 45 minut do godziny. Studzę buraki po ugotowaniu.

Szpinak myję i osuszam w suszarce do sałaty, aby pozbyć się wody. Układam szpinak na spodzie talerza. Ostudzone buraki kroimy na cienkie plasterki i układamy na warstwie szpinaku. Ser feta kruszymy na drobne kawałki, można też go pokroić w kostkę i rozsypujemy na warstwie buraków. Rozgrzewamy patelnię, na suchą rozgrzaną patelnie wrzucamy orzechy i chwilę je prażymy. Trzeba uważać, aby ich nie przypalić, bo wówczas stają się gorzkie w smaku. Uprażone orzechy wysypujemy na sałatkę.

W kubku mieszamy olej, ocet balsamiczny i sok malinowy. Doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Na koniec dodajemy odrobinę chili aby zaostrzyć smak sosu. Polewamy sosem po sałatce.

Smacznego!!!

 

 

Caprese po mojemu

Caprese to jedno z najbardziej popularnych dań kuchni włoskiej, jakie pojawiają się na naszych stołach. Oryginalnie pochodzi z włoskiej Kampanii i ma przypominać włoską flagę. We Włoszech najczęściej podają to danie jako przystawkę, przed daniem głównym. U mnie w domu jest to jednak danie bardzo wielozadaniowe. Jemy je na śniadanie, jako przystawka, czy sałatka na imprezach. Zawsze się sprawdza. Dodatkowo jest to danie dziecinnie proste, nie da się tu nic kompletnie zepsuć. Wystarczy dobra mozzarella, smaczne pomidory (ja zawsze wybieram malinowe), bazylia, oliwa z oliwek, sos balsamiczny i pesto… Te kilka składników, a efekt jest MEGA smaczny. My uwielbiamy wszyscy po kolei od najmłodszego, do najstarszego…

Caprese

Składniki:

  • 1 duża kulka świeżej mozzarelli w zalewie
  • 1 podobnej wielkości pomidor
  • garść świeżej ruccoli
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka pesto bazyliowego
  • 1 łyżka sosu balsamicznego
  • kilka gałązek bazylii

Sposób wykonania:

Pomidory pokroić w plastry, mozzarellę wyjąć z zalewy i pokroić w plastry o podobnej grubości jak pomidory. Na spód talerza położyć ruccolę, następnie układać na przemian plaster pomidora i plaster mozzarelli. W miseczce lub kubeczku wymieszać oliwę z oliwek, cytrynę i pesto. Sosem polać po wierzchu. Następnie polać po wierzchu sosem balsamicznym i posypać listkami bazylii i to tyle, gotowe. Prawda, że dziecinnie łatwe. Smacznego!!!

Sałatka z jajkiem w koszulce i sosem holenderskim

Sałatka z jajkiem w koszulce pojawiła się już tu kiedyś w wersji z wędzonym łososiem. Dziś kolejna odmiana tego pysznego dania. U mnie najczęściej jest to sałatka śniadaniowa. W czasie gdy gotuję wodę na jajka, a potem same jajka przygotowuje pozostałe składniki i po przysłowiowej chwili, mam pyszne śniadanko.

Dodatkowo teraz w przededniu świat wielkanocnych, podczas których dania z jajkami, są elementem obowiązkowym, może być dobrym pomysłem na dodatkową potrawę na stole świątecznym. Do tej sałatki wykorzystałam jeden z moich ulubionych sosów, a mianowicie sos holenderski. Nie jest to najprostszy sos do samodzielnego zrobienia, ale kilka trików powoduje, że mnie zawsze się udaje. Po pierwsze, ważne jest, aby żółtka użyte do sosu były w temperaturze pokojowej, po drugie, masło rozpuszczam w mikrofalówce i dodaję do ubitych żółtek stopniowo, dokładnie mieszając. Ważne jest też, aby ubijać wszystko na parze, czyli miska, bądź garnek ustawiony na większym garnku, ale woda w dolnym garnku nie może dotykać dna górnego garnka, bądź miski.

Sałatka z jajkiem w koszulce, szynką parmeńską, szparagami i sosem holenderskim

Składniki:

Na sos holenderski:

  • 2 żółtka
  • 70 g masła
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • sól, pieprz do smaku
  • 1/2 łyżeczki syropu z agawy

Na sałatkę:

  • mieszanka sałat 4-5 garści
  • pęczek szparagów zielonych
  • 1 zielony ogórek
  • 6 plasterków szynki parmeńskiej
  • pęczek szczypiorku
  • 5 jajek
  • 2 łyżki octu (do gotowania jajek)

Sposób przygotowania:

Szparagi myjemy, odrywamy zdrewniałe końce i kroimy na kawałki około 3-4 cm. Wrzucamy pokrojone szparagi go garnka z gotującą się wodą na 5 minut. Po tym czasie szparagi odcedzamy i odstawiamy. Ogórka kroimy w kostkę, lub półplasterki, szczypiorek drobno kroimy. Na talerz wykładamy sałatę, na sałacie układamy porwane kawałki szynki parmeńskiej, pokrojone ogórki i ugotowane szparagi.

W garnku zagotowujemy wodę, w której będziemy gotować jajka. Do wody dodajemy 2 łyżki octu. Gdy woda zaczyna wrzeć, mieszamy ją łyżką, aby zrobić „wir” i w środek wbijamy jajko. Jajko gotujemy 3 minuty, po tym czasie wyjmujemy z garnka za pomocą łyżki cedzakowej, usuwamy ewentualne „burzyny” i powtarzamy czynność z kolejnymi jajkami.

W międzyczasie przygotowujemy sos holenderski. Masło topimy w mikrofalówce. Ustawiamy garnek z wodą na gazie, do miski lub drugiego garnka wbijamy żółtka, dodajemy sok z cytryny, sól i syrop z agawy, lekko mieszamy i stawiamy na garnku z wodą. Żółtka ubijamy, aż będą bardzo puszyste, wówczas zaczynamy stopniowo dodawać masło. Ja zwykle dodaje w trzech porcjach, dodając kolejna w chwili, gdy poprzednia jest już bardzo dobrze ubita. Gdy już dodamy całe masło, ubijamy jeszcze przez chwilę, doprawiamy ewentualnie jeszcze solą, jeżeli uznamy, że jest za mało słone, dodajemy również pieprz do smaku.

Ugotowane jajka kładziemy na sałacie z warzywami, posypujemy pokrojonym szczypiorkiem i polewamy przygotowanym sosem.

Smacznego!!!

 

Zupa-krem brokułowo-kalafiorowy

Zbliżają się święta wielkanocne, które mnie osobiście kojarzą się z wiosną, zielenią i żonkilami. Nie wiem z czego wynikają te moje skojarzenia, ale Wielkanoc jest u mnie zwykle żółto-zielona, pachnąca żonkilami. Pomyślałam, że aby ta wiosenna zieleń pojawiła się również na stole, w tym roku w pierwszy dzień zagości u nas krem z brokuła i kalafiora. Bardzo lubię połączenie tych dwóch warzyw. Do tego dodaję mleczko kokosowe, ale jak ktoś woli może być też i śmietana, lub totalna wersja fit, niezabielana. Ja niestety lubię tą kremowość w zupie, którą niestety najlepiej uzyskuje się tłustym mleczkiem kokosowym, lub dobrą tłustą śmietaną… No cóż, tak już mam, że nie zawsze wybieram wersję fit.

Ta konkretna zupa ma jeszcze tą zaletę, że dość szybko się ją przygotowuje, oraz dobrze się przechowuje. Co oznacza, że można przygotować ją w sobotę, a podać po podgrzaniu w niedzielę, i będzie smakować równie dobrze. Ja osobiście podaję ją z prażonymi płatkami migdałowymi, dobrze smakuje również z groszkiem ptysiowym, lub grzankami, ale tu już zostawiam dowolność, co kto lubi… Dodatkowo polewam ją czosnkową oliwą z oliwek, aby dodać tłuszczu, dzięki któremu lepiej przyswajają się witaminy i minerały z zupy.

Zupa-krem brokułowo-kalafiorowy

Składniki -(6-8 porcji):

  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 główka brokuła
  • 1 główka kalafiora
  • 2 duże ziemniaki
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 l bulionu warzywnego
  • 1 opakowanie 400 ml mleczka kokosowego
  • sól, pieprz do smaku
  • płatki migdałowe, grzanki lub groszek ptysiowy do podania
  • oliwa z oliwek z dodatkiem czosnku

Sposób przygotowania:

Cebulę i czosnek obieramy i drobno kroimy. Brokuła i kalafiora myjemy i dzielimy na mniejsze różyczki. Ziemniaki obieramy i kroimy w kostkę. W garnku rozgrzewamy oliwę, dodajemy cebulkę i czosnek i lekko podduszamy. Gdy cebula jest już szklista dodajemy ziemniaki, krótko obsmażamy z cebulką (około 3-4 minuty). Do garnka wlewamy bulion, zagotowujemy i gotujemy pod przykryciem ziemniaki około 10 minut. Po tym czasie, do garnka z ziemniakami i bulionem, wrzucamy kalafiora i brokuła. Nie martwcie się jeśli warzywa nie są w całości zanurzone w wodzie. Garnek przykrywamy i gotujemy kolejne 15 minut. Po tym czasie warzywa będą już wystarczająco miękkie, aby móc je zblendować. Blendujemy całość dokładnie, aby nie zostały żadne grudki. Najlepiej użyć w tym celu blendera ręcznego. Do zblendowanej zupy dodajemy mleczko kokosowe, doprawiamy solą i pieprzem, mieszamy i gotowe.

Teraz należy jedynie przygotować grzanki lub uprażyć na suchej patelni płatki migdałowe. Zupę rozlać do talerzy, posypać po wierzchu płatkami, bądź grzankami czy groszkiem ptysiowym, zależy co używamy. Polać czosnkową oliwą z oliwek. Smacznego!!!

 

 

Orzechowo-kakaowe kulki „mocy”

Naszło mnie wczoraj wieczorem na coś słodkiego. Czasem tak mam, nic na to nie poradzę, a ponieważ czasu nie było za dużo padło na kulki z bakalii. Czytałam kiedyś na różnych stronach o wielu wersjach tych smakołyków. Jedni robią z samych daktyli, inni z dodatkami innych bakalii. Ja testowałam już przeróżne wersje, dodawałam przeróżne składniki, między innymi młody jęczmień, który sprawdził się fantastycznie. Po wielu próbach opracowałam kilka wersji tych fit pyszności. Mam swoją ulubioną wersję kokosową, orzechowo-kakaową, czy lekko kwaskową z żurawiną. Wczoraj padło na wersję orzechowo-kakaową.

Zrobiłam ją z czterech rodzajów bakalii, śliwek, moreli, fig i daktyli, dodając do tego mielone orzechy laskowe i kakao. To połączenie daje nam lekko wytrawny smak, dzięki czemu kulki nie są tak przeraźliwie słodkie, jak w przypadku łączenia samych owoców i kokosa, czy mąki z orzechów. Mnie ten smak zdecydowanie odpowiada, dodatkowo gorzkie kakao to bogate źródło wielu składników. Takie kulki to idealna przekąska do kawy, czy przed treningiem, jako zastrzyk energii z węglowodanów. Dla mnie osobiście to idealny słodycz „bez wyrzutów sumienia” zwłaszcza w perspektywie zbliżającego się sezonu bikini :-). Prawda jednak jest taka, że nawet zdrowe słodycze zjadane w nadmiarze są tuczące, więc przygotowana porcja powinna mi starczyć na kilka dni 🙂 zobaczymy jak wyjdzie. Spróbujcie i Wy, smacznego!!!

Orzechowo-kakaowe kulki mocy

Składniki:

  • 100 g daktyli suszonych
  • 100 g fig suszonych
  • 100 g  moreli suszonych
  • 100 g śliwek suszonych
  • 100 g masła orzechowego (ja użyłam z nerkowców)
  • 150 g mielonych orzechów laskowych (100 g do masy i 50 g na obtoczenie dookoła)
  • 40 g  kakao gorzkiego
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (można pominąć)

Sposób przygotowania:

Suszone owoce wkładamy do pojemnika i zalewamy wrzątkiem na minimum 30 minut. Po tym czasie odsączamy na sitku z wody i blendujemy malakserem z nożem w kształcie litery S. Zblendowane owoce przekładamy do miski, dodajemy masło orzechowe, 100 g mielonych orzechów oraz kakao i ekstrakt waniliowy. Mieszamy wszystko dokładnie. Jeżeli masa nie chce się dokładnie wymieszać i jest za sucha można dodać trochę wody w której moczyły się bakalie. Resztę mielonych orzechów wysypujemy na talerzyk. Z masy formujemy niewielkie kulki o średnicy około 3 cm. Każdą kulkę obtaczamy w mielonych orzechach. Kulki można zjeść od razu, ale lepiej smakują schłodzone. Ja trzymam je w lodówce do tygodnia, choć rzadko wytrzymują tyle czasu, zwykle znikają w tajemniczych okolicznościach znacznie wcześniej 🙂  Smacznego!!!

Śledzik w sosie majonezowo-jogurtowym- pozycja obowiązkowa

Tradycyjny śledzik w sosie majonezowo-jogurtowym to pozycja obowiązkowa u mnie w domu na każde święta, zarówno w Boże Narodzenie, jak i na Wielkanoc, a podczas spotkań towarzyskich często również pojawia się na stole. Myślę, że po części wynika to z faktu, że uwielbiam śledzie. I słowo „uwielbiam” jest tu jak najbardziej na miejscu. Zajadam się nimi w najróżniejszych postaciach. Ten dzisiejszy przepis na sałatkę ze śledziem jest jednym z moich ulubionych, delikatne lekko słodkie danie, z kwaskowym ogóreczkiem i cebulką, do tego sosik z jogurtem i majonezem. Dla mnie pycha.

Pamiętam taką anegdotę z naszej rodziny, gdy zaprosiliśmy do nas znajomych, którzy nie odwiedzają nas zbyt często. Był to taki „śledziowy” okres u nas w domu, jak tylko śledzie się kończyły robiliśmy nową ich wersję i zajadaliśmy się prawie codziennie. Wśród różnych potraw (na szczęście było coś jeszcze) pojawiły się, więc na stole cztery wersje sałatek śledziowych. Sałatki były oczywiście pyszne, ale niestety zaproszeni goście nie lubili śledzi… ALE WTOPA 🙂 Poza tymi sałatkami, było coś jeszcze, ale już nigdy nie przygotowałam potraw na spotkanie towarzyskie z jednej „grupy produktowej”. Ta historia sprzed paru lat dużo mnie nauczyła. Od tamtej pory zawsze staram się aby dania różniły się między sobą, po to, aby już nigdy nie było sytuacji, gdzie gość nie może spróbować połowy dań ze stołu… Dziś się z tego śmieję, ale wierzcie mi, tego wieczoru nie było mi do śmiechu.

Wracając do dzisiejszej sałatki śledziowej, dobrze jest przygotować ją dzień wcześniej, aby smaki dobrze się przegryzły, ale jak jesteśmy niecierpliwi, to po godzinie od przygotowania można już jeść. Polecam serdecznie, na najbliższe święta i nie tylko 🙂

Śledzie w sosie sosie majonezowo-jogurtowym z jabłkiem i ogórkiem kiszonym

Składniki:

  • 1 opakowanie śledzi a’la matias (u mnie to były 4 filety)
  • 1 duży lub 2 małe ogórki kiszone
  • 1 duże jabłko, najlepiej lekko kwaskowe
  • 1 duża lub 2 małe cebule
  • 125 ml jogurtu naturalnego
  • 125 ml majonezu
  • 1 łyżka cukru
  • sok wyciśnięty z 1/2 cytrynu
  • sól, pieprz do smaku

Sposób przygotowania:

Śledzie wyjąć z opakowania, włożyć do miski i zalać zimną wodą, aby się wymoczyły na minimum 2 godziny. TIP: Ja zwykle zostawiam je na noc, a rano przygotowuje sałatkę. Wówczas mamy idealnie przegryzione danie na kolację. Śledzie wyjmujemy z wody, osuszamy ręcznikiem papierowym, kroimy w poprzek na paski o szerokości około 1-2 cm. Wkładamy do pojemnika w którym będziemy wszystko mieszać. Jabłko obieramy ze skórki, następnie ogórki kiszone i jabłko kroimy w drobną (około 0,5 cm kostkę), cebulę siekamy również w drobną kostkę, przekładamy do śledzi. Do naczynia wkładamy majonez i jogurt, dodajemy cukier i sok z cytryny, mieszamy i dodajemy sól i pieprz do smaku. Tak przygotowany sos dodajemy do pokrojonych śledzi, oraz dodatków i dokładnie mieszamy. Odstawiamy do lodówki na minimum 2 godziny. Smacznego!!!

 

Sernik na zimno z ricotty

Podczas naszego pobytu na Sycylii odkryłam na nowo ricottę. Prawda jest taka, że wcześniej nie poznałam jej prawdziwego smaku, jaki można spotkać tylko na tej prześlicznej wyspie. Dostępne u nas na rynku sery dobrze ja przypominają, ale wciąż mają niedościgły ideał w postaci ricotty, którą jadłam bezpośrednio od sprzedawcy na targu w Palermo.

Na Sycylii ricottę podają w wielu wersjach i odmianach. Ja dziś proponuje Wam moją słodką wersję sernika z ricotty na zimno. Jest to wyjątkowo łatwe ciasto. Pokuszę się powiedzieć, że wyjdzie każdemu i na pewno zrobi piorunujące wrażenie. Całe przygotowanie nie trwa długo, jednakże trzeba wziąć pod uwagę czas chłodzenia. Zwykle wystarczy około 2-3 godzin, ale jeśli zostawimy go w lodówce na całą noc będzie zdecydowanie lepiej. Moim zdaniem idealnie sprawdzi się na nadchodzące święta wielkanocne.

Sernik na zimno z ricotty

Składniki:

  • 200 g herbatników maślanych
  • 100 g masła
  • 6 żółtek
  • 6 łyżek cukru trzcinowego
  • 1 opakowanie cukru z prawdziwą wanilią
  • 200 g białej czekolady
  • 750 g ricotty
  • 500 ml śmietany kremówki 36%
  • 1 opakowanie żelatyny lub żelatyna-fix
  • dowolne owoce na wierzch (ja użyłam mieszanki owoców leśnych z mrożonki oraz świeżych borówek)
  • kilka liści mięty do dekoracji

Przygotowanie:

Spód tortownicy wykładamy papierem do pieczenia. W malakserze rozdrabniamy herbatniki na proszek. Masło topimy w mikrofalówce lub w rondelku i mieszamy ze rozdrobnionymi herbatnikami. Tak otrzymaną masę wykładamy na tortownice i ugniatamy tworząc mały rancik i spód. Wkładamy do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Żółtka wbijamy do miski miksera, dodajemy cukier trzcinowy i cukier z wanilią, a następnie ubijamy do uzyskania puszystej masy. W międzyczasie topimy czekoladę w kąpieli wodnej lub mikrofalówce. Dodajemy czekoladę do ubitych żółtek i mieszamy dokładnie. Po uzyskaniu gładkiej masy dodajemy ricottę i również ubijamy całość. Do drugiego naczynia wlewamy śmietanę kremówkę i ubijamy ją do czasu uzyskania gęstej, bitej śmietany. Do małej szklanki wlewamy wrzątek (około 50-75ml) i dodajemy żelatynę. Mieszamy dokładnie, aż żelatyna się dokładnie rozpuści. Do rozpuszczonej żelatyny dodajemy po jednej łyżce śmietany aby ją zahartować i mieszamy ją dokładnie. Zaharowaną żelatynę dodajemy do bitej śmietany, mieszamy, a następnie dodajemy do masy serowej i dalej dokładnie mieszamy. Masa powinna mieć dość gęstą konsystencję.

Tak uzyskaną masę przekładamy do tortownicy wyłożonej masą herbatnikową. Z wierzchu dekorujemy owocami i miętą. Wkładamy do lodówki na minimum 2-3 godziny, smacznego 🙂

Sycylia – włoskie ferie zimowe

Długo zbierałam się do tego wpisu, bo już ponad miesiąc minął od mojego powrotu z Sycylii. Szukając pomysłu na ferie zimowe zdradziliśmy naszą ukochaną Hiszpanie i wybraliśmy się na Sycylię. Na główną kwaterę wybraliśmy Palermo, uznając, że będzie to najlepsza baza wypadowa, ale po spędzonym tam tygodniu uważam, że nie był to najlepszy pomysł. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby znalezienie apartamentu w jednej z przepięknych miejscowości dookoła, no ale… człowiek uczy się na błędach.

Ogólnie oceniam ten wyjazd na 7, w skali 1-10, pewnie wielu z Was się zastanawia dlaczego, ale zaraz to wszystko wyjaśnię. Dodam tylko, że był to mój pierwszy, ale nie ostatni pobyt na Sycylii. Wrócę tam na pewno, ale tym razem o innej porze roku :-), myślę, że kwiecień, maj, bądź wrzesień i październik, to będzie najlepszy moment dla mnie na wyprawę na tą cudowną wyspę.

Sycylia jest przepiękna, mimo iż wylądowaliśmy tam 2 lutego przywitała nas temperaturą 22 stopnie, pięknym słońcem i bezchmurnym niebem. Na lotnisku odebraliśmy samochód i udaliśmy się do naszego wynajętego apartamentu. Pierwszą niespodzianką było zderzenie z niesamowicie niecodziennymi zdolnościami do kierowania pojazdów mechanicznych Sycylijczyków. Na prawie każdej naszej wyprawie wypożyczamy auto, ale to było poza naszymi oczekiwaniami. Po Sycylii jeździ się przyzwoicie, ale Palermo rządzi się swoimi prawami… Ilość aut, brak zasad, ronda i skrzyżowania po których mieszkańcy Palermo jeżdżą zupełnie niezgodnie ze znanymi nam przepisami były dla nas zaskoczeniem, mimo iż co nieco na ten temat przeczytaliśmy już w przewodnikach. Nie przerażajcie się jednak, da się jeździć po Palermo, ale trzeba być bardzo ostrożnym i trochę się do tych „nowych” zasad przystosować… 🙂

Kolejnym zaskoczeniem był fakt, że poza sezonem turystycznym, a my byliśmy tam w lutym, ogromna część miejsc turystyczno-gastronomicznych jest zamkniętych. Sytuacja ta ma swoje plusy, ale ma również bardzo dużo minusów. W zasadzie codziennie borykaliśmy się z problemem, gdzie zjeść. Nie pomagał tu nawet TripAdvisor, gdyż często po odnalezieniu już naszego celu okazywało się, że niestety jest zamknięty. W tej sytuacji pozostało tylko wziąć przysłowiowy „koniec języka za przewodnika” i w ten sposób poszukiwać posiłku 🙂 I to był właśnie największy plus wyjazdu poza sezonem. Dzięki temu trafialiśmy do miejsc, gdzie zajadają się „lokalesi”. Efektem tego były najczęściej fantastyczne doznania kulinarne i nowe znajomości.

Pierwszym miejscem o jakim chcę Wam opowiedzieć jest Salumeria La Vecchia Di Maggio Angela Maria w Marsali (https://www.facebook.com/salumeria.lavecchia/). Gdzie klucząc wąskimi uliczkami trafiliśmy do niesamowitego miejsca. Oczywiście tego typu „lokale” są we Włoszech bardzo popularne, niby sklep spożywczy, ale oprócz jedzenia na wynos właściciel przyrządza dania na miejscu. Z włoską lekkością, bez specjalnego zadęcia, prawie jak w domu. Na przystawkę dostaliśmy przepyszne antipasti, oraz ricottę, która na Sycylii jest wyjątkowo smaczna. Gdy wjechało na stół danie główne, mój mąż zapytał „tylko tyle?” w kontekście, że dostaliśmy po prostu makaron z siekanymi pomidorami z oliwą, czosnkiem, bazylią, włoska klasyka. Po pierwszym kęsie zmienił zdanie, makaron był niebiańsko pyszny, idealnie ugotowany, perfekcyjnie doprawiony. Niby prosta rzecz, a smak będę pamiętać do końca życia… Deser był klasyczny, jak to na Sycylii canollo faszerowane ricottą, pyszne, co tu dużo mówić. W ten sposób niepozorny lokal powalił nas pierwszego dnia na kolana, a później już było tylko lepiej…

Jeden z kolejnych dni postanowiliśmy spędzić na wyspach liparyjskich. Wybraliśmy się autem do Millazo, skąd promem planowaliśmy udać się na Stromboli. Niestety w żadnym z posiadanych przez nas przewodników nie było informacji, że promy wycieczkowe pływają tylko latem, a te, które pływają regularnie mają bardzo okrojony rozkład, dostosowany do trybu życia mieszkańców poza sezonem. W efekcie zamiast wymarzonego „pokazu wulkanicznych fajerwerków” na Stromboli  dotarliśmy na Volcano. Zdobyliśmy całą rodziną szczyt wulkanu i uprosiliśmy lokalnego restauratora o obiad… Uprosiliśmy to bardzo dobre słowo. Dotarliśmy na wyspę koło południa. Oprócz nas wysiadło z promu raptem kilka osób i żadna z nich nie była turystą. Wyspa wyglądała na wymarłą, jak nasze rodzime Władysławowo pod koniec listopada. Jedyne regularnie działające miejsce to pub w porcie… a tam do jedzenia, poza odgrzewanym w mikrofali aranchini i frytkami w zasadzie nic. Uratowała nas nasz dociekliwość. Wyszliśmy z założenia, że mieszkańcy wyspy muszą gdzieś jeść, zaczepialiśmy więc po kolei różnych mieszkańców, aż się udało. Jeden z nich zaprowadził nas do Maurizio (http://www.laforgiamaurizio.it/website/). Okazało się, że właścicielem restauracji jest przesympatyczny Maurizio, który gości mieszkańców wyspy w godzinach wieczornych, ale nie w porze lunchu. Na szczęście nasze smutne miny zmiękczyły jego serce i dostaliśmy kolejny na Sycylii niezapomniany posiłek, który zakończyliśmy cantucini i winem z migdałów, tak Z MIGDAŁÓW. Smakowało wyśmienicie, lekko schłodzone, delikatne, trochę podobne do Ameretto, ale jednak zupełnie inne.

Kolejne dni upływały nam na przeróżnych wycieczkach, zjechaliśmy pół wyspy spędzając w aucie dość dużo czasu niestety, ale warto było. Sycylia jest urokliwa i niezapomniana. Ukryte zatoczki, przepiękne plaże, słońce i temperatura tak inna od tej, która panowała u nas w kraju zdecydowanie zrekompensowała nam fakt, że poza sezonem trzeba na jedzenie zapolować, nawet w samym sercu wyspy, czyli w Palermo.

Tu zdecydowanie polecić Wam mogę trzy miejsca:

  • targ Mercato Ballarò,
  • Trattoria Michele e Jolanda
  • Osteria Mercede

Te miejsca oczarowały mnie najbardziej, ze wszystkich gastronomicznych zakątków Palermo. Targ Mercato Ballarò to kolaż barw i zapachów. Według mnie najlepsze miejsce na streerfoodowe śniadanie. Ja zajadałam się bułką ze śledzioną, lub bułką z ricotta i pomidorami. Do tego pyszna kawa i rano nic więcej nie trzeba. Na targu kupić można w zasadzie wszystko, i nie mówię tu tylko o jedzeniu… za to jedzenie jest tam wyśmienite.

Jednego dnia w Palermo idąc do słynnych katakumb trafiliśmy do Trattorii Michele e Jolanda (https://www.facebook.com/pages/Trattoria-Family-by-Michele-and-Iolanda/145108258983728). Właścicielami jest włoskie małżeństwo, jak nazwa wskazuje. Michele jest przesympatycznym mężczyzną, który zabawia swoich gości przez cały czas, racząc ich opowieściami o swojej rodzinie, ich gospodarstwie, oraz ich wyrobach. Okazało się, że restauracja jest totalnie samowystarczalna. Produkty z jakich Jolanda wyczarowuje swoje pyszne dania pochodzą z gospodarstw rodzinnych, rodziców, czy kuzynów właścicieli. Ricotta, którą zaserwował nam Michele była tak pyszna, rozpływająca się, że nawet teraz myśląc o niej mam ślinotok.

Ostatnim moim sycylijskim odkryciem była Osteria Mercede (https://www.facebook.com/osteriamercede/), która mieściła się dosłownie 200 m od naszego apartamentu. Bardzo ubolewam, że trafiliśmy tam ostatniego wieczoru, ale na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy, to pewne. Dzień, w którym tam trafiliśmy, był dniem rybnym, co oznacza, ze wszystkie podawane dania były na bazie ryb i owoców morza. Kucharze w tej restauracji gotują codziennie co innego, bazując na zakupach dokonanych na przyległym Mercato Ballarò, każdego dnia jest inny temat przewodni, raz jest to kuskus, innym razem krówka, a jeszcze innego dnia dania wegetariańskie. Miejsce szczególne, pyszne i z fantastycznym winem.

Podsumowując mój, niestety, krótki pobyt na Sycylii mam tylko jedną refleksję, koniecznie muszę tam wrócić, po to aby kulinarnie móc ocenić 10/10, bo wiem, że Sycylia ma potencjał, jakiego poza sezonem nie udało mi się odkryć.