Tygodniowy październikowy urlop spędziliśmy na greckiej wyspie Rodos. Było cudownie i dawno żadne miejsce nie uraczyło mnie tak kulinarnie, jak właśnie ten październikowy Rodos. Było niesamowicie pysznie, kolorowo i po grecku. Jedliśmy dużo i dobrze, zarówno w małych barach, lokalnych, rodzinnych knajpkach, jak i w restauracjach z najwyższymi ocenami. Albo mieliśmy szczęście i czuja do smacznych miejsc, albo tam po prostu wszędzie dobrze karmią.
W jednej z lokalnych restauracji udało nam się na tyle zaprzyjaźnić z właścicielami, że pewnego wieczoru wylądowałam w kuchni. Miałam okazję poprzyglądać się, jak mama naszego przyjaciela gotuje pyszne, tradycyjne greckie potrawy. Przepisami nie była skłonna się podzielić, w sumie się nie dziwię, ale co zobaczyłam to moje. I przyznam się Wam, że największe dla mnie zaskoczenie, to dodawanie ouzo do wielu dań. Na równi z winem, w potrawach lądował również ten napój. I powiem, że ostateczny smak był naprawdę i interesujący.
Z tego też powodu, po powrocie postanowiłam lekko odświeżyć mój przepis na musakę. Dodałam do mięsa w trakcie gotowania ouzo, potem oczywiście jeszcze wino, trochę przypraw i efekt jest niesamowity, a przepis oczywiście poniżej.
Musaka
Składniki (około 4-5 porcji):
Na spód:
- 2 średnie bakłażany
- 2 średniej wielkości ugotowane ziemniaki
- 400 g mięsa wołowego lub w wersji de’lux jagnięcego, może być również mieszane, czy nawet drobiowe w celu ograniczania kalorii
- 1 duża cebula
- 2-3 ząbki czosnku
- 50 ml ouzo
- 100 ml czerwonego wina
- 1 czubata łyżka koncentratu pomidorowego
- 400 g pomidorów w puszce
- 2 łyżeczki oregano
- 1/2 łyżeczki chili
- 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
- 2-3 listki laurowe
- 1 łyżeczka płaska cynamonu
- 1/2 łyżeczki soli
- 1/2 łyżeczki cukru
- 2-3 łyżki oliwy z oliwek
- pieprz do smaku
Na sos beszamelowy:
- 250 ml mleka
- 25 g masła
- 25 g mąki pszennej
- 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
- pieprz i sól do smaku
- 100 g sera typu parmezan
Do posypania po wierzchu:
- 50 g parmezanu
Sposób wykonania:
Ziemniaki obrać i ugotować, po gotowaniu ostudzić i pokroić w cienkie około 5 mm plasterki.
Bakłażana umyć, pokroić w plastry, również około 5 mm, następnie obficie posolić i odstawić na 30 minut, aby pozbyły się gorzkiego posmaku. Po tym czasie przepłukać na sitku, osuszyć ręcznikiem i układać na blaszce do pieczenia. Wstawić do nagrzanego do 200 C piekarnika na 10 minut. Upieczone bakłażany wyjąć z piekarnika i odłożyć.
Na patelni rozgrzać oliwę, dodać posiekaną drobno cebulę i chwilę smażyć, a następnie dodać pokrojony drobno czosnek. Gdy cebula z czosnkiem są już uduszone, dodajemy mięso i smażymy mieszając, aż zrobi się brązowe. Wówczas dolewamy ouzo, podkręcamy gaz i odparowujemy alkohol. Po chwili dolewamy również czerwone wino, chwilę gotujemy na dużym ogniu, a następnie skręcamy gaz do średniego. Do smażonego mięsa dodajemy koncentrat pomidorowy, oraz po chwili pomidory krojone. Mieszamy wszystko dokładnie, dodajemy przyprawy, ponownie mieszamy i dusimy na małym ogniu około 30-45 minut, co jakiś czas mieszając. Pod koniec duszenia woda z sosu powinna odparować i konsystencja powinna być dość gęsta. Zdejmujemy z ognia.
W małym rondelku topimy masło, następnie dodajemy mąkę i smażymy chwilkę mieszając, aż lekko zbrązowieje i powstanie zasmażka. Następnie powoli, cienkim strumieniem dodajemy mleko, nie przestając mieszać, aby nie powstały grudki. Następnie doprawiamy gałką muszkatołową, solą i pieprzem. Mieszamy, dodajemy parmezan i ponownie mieszamy. Otrzymamy dość gęsty sos.
Naczynie żaroodporne smarujemy oliwą z oliwek i układamy dość gęsto warstwę z połowy upieczonych bakłażanów. Następnie wykładamy 1/3 farszu i wyrównujemy powierzchnię, układamy warstwę ziemniaków, ponownie warstwę farszu, wyrównujemy. Ostatnia warstwa bakłażanów i reszta farszu, wyrównujemy powierzchnię. Wierzch polewamy sosem beszamelowym, a następnie posypujemy resztą parmezanu. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 C przez 40-45 minut.
Smacznego!!!
Wspomnienie węgierskich wakacji — Langosz
Każdy, kto mnie zna, ten wie, że tak wielką miłością, jaka we mnie jest do gotowania, jest również do podróży. Na podróże potrafię wydać ostatnie pieniądze. Na wyjazd jestem w stanie spakować się w 5 minut (sprawdzone info ;-)) i rzucić wszystko nie zastanawiając się za bardzo nad tym co dalej…
Skąd mi się to wzięło? Nie mam zielonego pojęcia. Jako dziecko nie podróżowałam za wiele. Większość moich wakacji spędzałam na koloniach lub obozach, najczęściej w okolicznych miejscowościach.
Moje pierwsze samodzielne podróże zaczęły się w momencie wchodzenia w dorosłość i samodzielność. No i od tamtego czasu, wpadłam jak „śliwka w kompot”.
W normalnych warunkach (nie mówię o czasie pandemii) krótsze lub dłuższe zagraniczne wypady trafiały mi się 3-4 razy do roku. Do tego weekendowe wyjazdy po Polsce, powodowały, że większość czasu byłam w podróży i to był wspaniały czas. Niestety ostatni rok nie był aż tak łaskawy. Wprawdzie zaliczyłam kilka wyjazdów zagranicznych, kilka lokalnych, ale wciąż czuje niedosyt i mam nadzieję wkrótce to zmienić… Prawda jest też taka, że największym moim marzeniem jest roczna podróż kamperem po świecie, z gotowaniem lokalnych potraw, smakowaniem miejsc, w których będę. Głęboko wierzę, że mi się to kiedyś uda. Na razie muszę jeszcze chwilę na to poczekać, a w międzyczasie gotuje te lokalne smaki w domu.
Mam taką tradycję, że z każdego zagranicznego wyjazdu przywożę sobie przynajmniej jedną książkę kucharską. W efekcie coraz mniej miejsca na półce i coraz więcej przepisów do wypróbowania oraz smaków do odtworzenia. Takim smakiem do odtworzenia jest langosz, nasze wspomnienie weekendu w Budapeszcie. Spędzaliśmy go tam całą rodziną i langosz był naszym ulubionym street foodem. Polecam go serdecznie do samodzielnego przygotowania w domu. Smakuje bardzo dobrze, a w smaku lekko przypomina nasze rodzime placki ziemniaczane.
Langosz
Składniki:
- 200 ml mleka
- 20 g drożdży świeżych
- 1 łyżeczka cukru
- 400 g mąki pszennej
- 250 g gotowanych zimnych ziemniaków,
- 1 łyżeczka soli
- 400-600 ml oleju do smażenia
- 2 ząbki czosnku
- odrobina oliwy z oliwek
Sposób przygotowania:
Ziemniaki obieramy ze skórki, gotujemy w osolonej wodzie. Ugotowane odcedzamy, studzimy, przeciskamy przez praskę lub mielimy w maszynce do mięsa.
W międzyczasie przygotowujemy zaczyn. Drożdże zasypujemy łyżeczką cukru i odstawiamy na chwilę, aż się lekko rozpuszczą, dodajemy mąkę i mleko, a następnie dokładnie mieszamy. Odstawiamy na 15 minut, aby lekko urósł i się spienił.
Do miski miksera przesiewamy mąkę, dodajemy sól, ugotowane ziemniaki oraz zaczyn i wyrabiamy hakiem do ciasta drożdżowego około 10-15 minut. Ciasto musi być gładkie i sprężyste. Ostawiamy w ciepłe miejsce na około 1 godzinę.
Po tym czasie przekładamy na stolnicę, lekko zagniatamy i formujemy kulki-placki (8-10 sztuk). Odstawiamy na kolejne 10 minut, a w tym czasie rozgrzewamy olej na głębokiej patelni. Każdy z placków smażymy z osobna po około 2 minuty z każdej strony w gorącym oleju.
W międzyczasie do oliwy z oliwek wciskamy obrane ząbki czosnku i dokładnie mieszamy. Taką oliwą z czosnkiem smarujemy cieniutko każdy z langoszy.
Ja podaje je z kwaśną śmietaną i serem, ale smakują super z cukrem, gulaszem, salsą pomidorową…
Smacznego!!!
Caponata – sycylijskie wspomnienie
Tydzień lutego spędziłam na Sycylii, gdzie rozkoszowałam się lokalnymi smakami. O miejscach jakie odwiedziłam, a które wywarły na mnie wrażenie pisałam już wcześniej, http://www.cookandme.com.pl/podroze/sycylia-wloskie-ferie-zimowe/, gdyby ktoś był ciekawy zapraszam do tego wpisu.
Teraz proponuję Wam, dopracowany przeze mnie przepis na sycylijską caponatę. Na Sycylii podają ją na zimno, jak i na ciepło. U mnie w domu, najczęściej ląduje w wersji ciepłej, choć jako zimna przegryzka na drugie śniadanie, też smakuje nam bardzo. Ostatnio jest naszym przebojem do mięs z grilla, w zastępstwie do wszechobecnych sałat. Dodatkowo, jest to danie z samych warzyw, duszonych, lekko doprawionych miodem i octem balsamicznym, dzięki czemu idealnie wpisuje się w jadłospis osób dbających o dietę 🙂 Serdecznie polecam!!!
Caponata
Składniki:
- 3 bakłażany około 800g
- 2 czerwone cebule
- 6 ząbków czosnku
- 5 łodyg selera naciowego
- po 1 papryce żółtej i czerwonej
- 1 małą cukinię
- 1 opakowanie pomidorów krojonych 400 g
- około 1/3 dużego słoika czarnych oliwek (słoik 800 g)
- 1 mały słoiczek kaparów (opakowanie 100 g)
- garść rodzynek
- 1 łyżka miodu
- 4 łyżki octu balsamicznego
- 1 łyżeczka oregano
- 1 łyżeczka bazylii
- sól, pieprz do smaku
- oliwa z oliwek do smażenia
Sposób przygotowania:
Warzywa myjemy, bakłażany kroimy w plastry grubości 1-1,5 cm, posypujemy solą i odstawiamy na około 30 minut aby pozbyć się gorzkiego smaku. W międzyczasie przygotowujemy resztę warzyw. Cebulę i czosnek obieramy, cebulę kroimy w piórka, czosnek w plasterki. Seler naciowy kroimy w kawałki około 1 cm, paprykę i cukinię w kostkę. Oliwki i kapary odsączamy z zalewy, rodzynki przelewamy wrzątkiem. Na patelni rozgrzewamy około 2 łyżki oliwy z oliwek, na rozgrzaną oliwę wrzucamy cebulkę, dusimy chwilę i dodajemy czosnek. Po około 2-3 minutach, gdy czosnek i cebula już są zeszklone dodajemy seler naciowy, po kolejnych kilku minutach dodajemy paprykę i cukinię, dusimy aż warzywa zmiękną. W międzyczasie płuczemy pod bieżącą wodą bakłażana, osuszamy ręcznikiem papierowym. Na osobnej patelni rozgrzewamy odrobinę oliwy, wrzucamy bakłażana i obsmażamy z każdej strony. Obsmażonego bakłażana dokładamy do naszych warzyw. Mieszamy, dodajemy pomidory krojone, rodzynki, oliwki i kapary. Dusimy na małym ogniu około 10 minut, co jakiś czas mieszając. Pod koniec duszenia dodajemy oregano, bazylię, ocet balsamiczny i miód. Mieszamy dokładnie. Doprawiamy solą i pieprzem.
Tak jak pisałam można podawać na zimno i na gorąco. Gdy podajemy na zimno, można posypać dodatkowo po wierzchu parmezanem.
Smacznego!!!
Sycylia – włoskie ferie zimowe
Długo zbierałam się do tego wpisu, bo już ponad miesiąc minął od mojego powrotu z Sycylii. Szukając pomysłu na ferie zimowe zdradziliśmy naszą ukochaną Hiszpanie i wybraliśmy się na Sycylię. Na główną kwaterę wybraliśmy Palermo, uznając, że będzie to najlepsza baza wypadowa, ale po spędzonym tam tygodniu uważam, że nie był to najlepszy pomysł. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby znalezienie apartamentu w jednej z przepięknych miejscowości dookoła, no ale… człowiek uczy się na błędach.
Ogólnie oceniam ten wyjazd na 7, w skali 1-10, pewnie wielu z Was się zastanawia dlaczego, ale zaraz to wszystko wyjaśnię. Dodam tylko, że był to mój pierwszy, ale nie ostatni pobyt na Sycylii. Wrócę tam na pewno, ale tym razem o innej porze roku :-), myślę, że kwiecień, maj, bądź wrzesień i październik, to będzie najlepszy moment dla mnie na wyprawę na tą cudowną wyspę.
Sycylia jest przepiękna, mimo iż wylądowaliśmy tam 2 lutego przywitała nas temperaturą 22 stopnie, pięknym słońcem i bezchmurnym niebem. Na lotnisku odebraliśmy samochód i udaliśmy się do naszego wynajętego apartamentu. Pierwszą niespodzianką było zderzenie z niesamowicie niecodziennymi zdolnościami do kierowania pojazdów mechanicznych Sycylijczyków. Na prawie każdej naszej wyprawie wypożyczamy auto, ale to było poza naszymi oczekiwaniami. Po Sycylii jeździ się przyzwoicie, ale Palermo rządzi się swoimi prawami… Ilość aut, brak zasad, ronda i skrzyżowania po których mieszkańcy Palermo jeżdżą zupełnie niezgodnie ze znanymi nam przepisami były dla nas zaskoczeniem, mimo iż co nieco na ten temat przeczytaliśmy już w przewodnikach. Nie przerażajcie się jednak, da się jeździć po Palermo, ale trzeba być bardzo ostrożnym i trochę się do tych „nowych” zasad przystosować… 🙂
Kolejnym zaskoczeniem był fakt, że poza sezonem turystycznym, a my byliśmy tam w lutym, ogromna część miejsc turystyczno-gastronomicznych jest zamkniętych. Sytuacja ta ma swoje plusy, ale ma również bardzo dużo minusów. W zasadzie codziennie borykaliśmy się z problemem, gdzie zjeść. Nie pomagał tu nawet TripAdvisor, gdyż często po odnalezieniu już naszego celu okazywało się, że niestety jest zamknięty. W tej sytuacji pozostało tylko wziąć przysłowiowy „koniec języka za przewodnika” i w ten sposób poszukiwać posiłku 🙂 I to był właśnie największy plus wyjazdu poza sezonem. Dzięki temu trafialiśmy do miejsc, gdzie zajadają się „lokalesi”. Efektem tego były najczęściej fantastyczne doznania kulinarne i nowe znajomości.
Pierwszym miejscem o jakim chcę Wam opowiedzieć jest Salumeria La Vecchia Di Maggio Angela Maria w Marsali (https://www.facebook.com/salumeria.lavecchia/). Gdzie klucząc wąskimi uliczkami trafiliśmy do niesamowitego miejsca. Oczywiście tego typu „lokale” są we Włoszech bardzo popularne, niby sklep spożywczy, ale oprócz jedzenia na wynos właściciel przyrządza dania na miejscu. Z włoską lekkością, bez specjalnego zadęcia, prawie jak w domu. Na przystawkę dostaliśmy przepyszne antipasti, oraz ricottę, która na Sycylii jest wyjątkowo smaczna. Gdy wjechało na stół danie główne, mój mąż zapytał „tylko tyle?” w kontekście, że dostaliśmy po prostu makaron z siekanymi pomidorami z oliwą, czosnkiem, bazylią, włoska klasyka. Po pierwszym kęsie zmienił zdanie, makaron był niebiańsko pyszny, idealnie ugotowany, perfekcyjnie doprawiony. Niby prosta rzecz, a smak będę pamiętać do końca życia… Deser był klasyczny, jak to na Sycylii canollo faszerowane ricottą, pyszne, co tu dużo mówić. W ten sposób niepozorny lokal powalił nas pierwszego dnia na kolana, a później już było tylko lepiej…
Jeden z kolejnych dni postanowiliśmy spędzić na wyspach liparyjskich. Wybraliśmy się autem do Millazo, skąd promem planowaliśmy udać się na Stromboli. Niestety w żadnym z posiadanych przez nas przewodników nie było informacji, że promy wycieczkowe pływają tylko latem, a te, które pływają regularnie mają bardzo okrojony rozkład, dostosowany do trybu życia mieszkańców poza sezonem. W efekcie zamiast wymarzonego „pokazu wulkanicznych fajerwerków” na Stromboli dotarliśmy na Volcano. Zdobyliśmy całą rodziną szczyt wulkanu i uprosiliśmy lokalnego restauratora o obiad… Uprosiliśmy to bardzo dobre słowo. Dotarliśmy na wyspę koło południa. Oprócz nas wysiadło z promu raptem kilka osób i żadna z nich nie była turystą. Wyspa wyglądała na wymarłą, jak nasze rodzime Władysławowo pod koniec listopada. Jedyne regularnie działające miejsce to pub w porcie… a tam do jedzenia, poza odgrzewanym w mikrofali aranchini i frytkami w zasadzie nic. Uratowała nas nasz dociekliwość. Wyszliśmy z założenia, że mieszkańcy wyspy muszą gdzieś jeść, zaczepialiśmy więc po kolei różnych mieszkańców, aż się udało. Jeden z nich zaprowadził nas do Maurizio (http://www.laforgiamaurizio.it/website/). Okazało się, że właścicielem restauracji jest przesympatyczny Maurizio, który gości mieszkańców wyspy w godzinach wieczornych, ale nie w porze lunchu. Na szczęście nasze smutne miny zmiękczyły jego serce i dostaliśmy kolejny na Sycylii niezapomniany posiłek, który zakończyliśmy cantucini i winem z migdałów, tak Z MIGDAŁÓW. Smakowało wyśmienicie, lekko schłodzone, delikatne, trochę podobne do Ameretto, ale jednak zupełnie inne.
Kolejne dni upływały nam na przeróżnych wycieczkach, zjechaliśmy pół wyspy spędzając w aucie dość dużo czasu niestety, ale warto było. Sycylia jest urokliwa i niezapomniana. Ukryte zatoczki, przepiękne plaże, słońce i temperatura tak inna od tej, która panowała u nas w kraju zdecydowanie zrekompensowała nam fakt, że poza sezonem trzeba na jedzenie zapolować, nawet w samym sercu wyspy, czyli w Palermo.
Tu zdecydowanie polecić Wam mogę trzy miejsca:
- targ Mercato Ballarò,
- Trattoria Michele e Jolanda
- Osteria Mercede
Te miejsca oczarowały mnie najbardziej, ze wszystkich gastronomicznych zakątków Palermo. Targ Mercato Ballarò to kolaż barw i zapachów. Według mnie najlepsze miejsce na streerfoodowe śniadanie. Ja zajadałam się bułką ze śledzioną, lub bułką z ricotta i pomidorami. Do tego pyszna kawa i rano nic więcej nie trzeba. Na targu kupić można w zasadzie wszystko, i nie mówię tu tylko o jedzeniu… za to jedzenie jest tam wyśmienite.
Jednego dnia w Palermo idąc do słynnych katakumb trafiliśmy do Trattorii Michele e Jolanda (https://www.facebook.com/pages/Trattoria-Family-by-Michele-and-Iolanda/145108258983728). Właścicielami jest włoskie małżeństwo, jak nazwa wskazuje. Michele jest przesympatycznym mężczyzną, który zabawia swoich gości przez cały czas, racząc ich opowieściami o swojej rodzinie, ich gospodarstwie, oraz ich wyrobach. Okazało się, że restauracja jest totalnie samowystarczalna. Produkty z jakich Jolanda wyczarowuje swoje pyszne dania pochodzą z gospodarstw rodzinnych, rodziców, czy kuzynów właścicieli. Ricotta, którą zaserwował nam Michele była tak pyszna, rozpływająca się, że nawet teraz myśląc o niej mam ślinotok.
Ostatnim moim sycylijskim odkryciem była Osteria Mercede (https://www.facebook.com/osteriamercede/), która mieściła się dosłownie 200 m od naszego apartamentu. Bardzo ubolewam, że trafiliśmy tam ostatniego wieczoru, ale na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy, to pewne. Dzień, w którym tam trafiliśmy, był dniem rybnym, co oznacza, ze wszystkie podawane dania były na bazie ryb i owoców morza. Kucharze w tej restauracji gotują codziennie co innego, bazując na zakupach dokonanych na przyległym Mercato Ballarò, każdego dnia jest inny temat przewodni, raz jest to kuskus, innym razem krówka, a jeszcze innego dnia dania wegetariańskie. Miejsce szczególne, pyszne i z fantastycznym winem.
Podsumowując mój, niestety, krótki pobyt na Sycylii mam tylko jedną refleksję, koniecznie muszę tam wrócić, po to aby kulinarnie móc ocenić 10/10, bo wiem, że Sycylia ma potencjał, jakiego poza sezonem nie udało mi się odkryć.


































































