Sycylia – włoskie ferie zimowe

Długo zbierałam się do tego wpisu, bo już ponad miesiąc minął od mojego powrotu z Sycylii. Szukając pomysłu na ferie zimowe zdradziliśmy naszą ukochaną Hiszpanie i wybraliśmy się na Sycylię. Na główną kwaterę wybraliśmy Palermo, uznając, że będzie to najlepsza baza wypadowa, ale po spędzonym tam tygodniu uważam, że nie był to najlepszy pomysł. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby znalezienie apartamentu w jednej z przepięknych miejscowości dookoła, no ale… człowiek uczy się na błędach.

Ogólnie oceniam ten wyjazd na 7, w skali 1-10, pewnie wielu z Was się zastanawia dlaczego, ale zaraz to wszystko wyjaśnię. Dodam tylko, że był to mój pierwszy, ale nie ostatni pobyt na Sycylii. Wrócę tam na pewno, ale tym razem o innej porze roku :-), myślę, że kwiecień, maj, bądź wrzesień i październik, to będzie najlepszy moment dla mnie na wyprawę na tą cudowną wyspę.

Sycylia jest przepiękna, mimo iż wylądowaliśmy tam 2 lutego przywitała nas temperaturą 22 stopnie, pięknym słońcem i bezchmurnym niebem. Na lotnisku odebraliśmy samochód i udaliśmy się do naszego wynajętego apartamentu. Pierwszą niespodzianką było zderzenie z niesamowicie niecodziennymi zdolnościami do kierowania pojazdów mechanicznych Sycylijczyków. Na prawie każdej naszej wyprawie wypożyczamy auto, ale to było poza naszymi oczekiwaniami. Po Sycylii jeździ się przyzwoicie, ale Palermo rządzi się swoimi prawami… Ilość aut, brak zasad, ronda i skrzyżowania po których mieszkańcy Palermo jeżdżą zupełnie niezgodnie ze znanymi nam przepisami były dla nas zaskoczeniem, mimo iż co nieco na ten temat przeczytaliśmy już w przewodnikach. Nie przerażajcie się jednak, da się jeździć po Palermo, ale trzeba być bardzo ostrożnym i trochę się do tych „nowych” zasad przystosować… 🙂

Kolejnym zaskoczeniem był fakt, że poza sezonem turystycznym, a my byliśmy tam w lutym, ogromna część miejsc turystyczno-gastronomicznych jest zamkniętych. Sytuacja ta ma swoje plusy, ale ma również bardzo dużo minusów. W zasadzie codziennie borykaliśmy się z problemem, gdzie zjeść. Nie pomagał tu nawet TripAdvisor, gdyż często po odnalezieniu już naszego celu okazywało się, że niestety jest zamknięty. W tej sytuacji pozostało tylko wziąć przysłowiowy „koniec języka za przewodnika” i w ten sposób poszukiwać posiłku 🙂 I to był właśnie największy plus wyjazdu poza sezonem. Dzięki temu trafialiśmy do miejsc, gdzie zajadają się „lokalesi”. Efektem tego były najczęściej fantastyczne doznania kulinarne i nowe znajomości.

Pierwszym miejscem o jakim chcę Wam opowiedzieć jest Salumeria La Vecchia Di Maggio Angela Maria w Marsali (https://www.facebook.com/salumeria.lavecchia/). Gdzie klucząc wąskimi uliczkami trafiliśmy do niesamowitego miejsca. Oczywiście tego typu „lokale” są we Włoszech bardzo popularne, niby sklep spożywczy, ale oprócz jedzenia na wynos właściciel przyrządza dania na miejscu. Z włoską lekkością, bez specjalnego zadęcia, prawie jak w domu. Na przystawkę dostaliśmy przepyszne antipasti, oraz ricottę, która na Sycylii jest wyjątkowo smaczna. Gdy wjechało na stół danie główne, mój mąż zapytał „tylko tyle?” w kontekście, że dostaliśmy po prostu makaron z siekanymi pomidorami z oliwą, czosnkiem, bazylią, włoska klasyka. Po pierwszym kęsie zmienił zdanie, makaron był niebiańsko pyszny, idealnie ugotowany, perfekcyjnie doprawiony. Niby prosta rzecz, a smak będę pamiętać do końca życia… Deser był klasyczny, jak to na Sycylii canollo faszerowane ricottą, pyszne, co tu dużo mówić. W ten sposób niepozorny lokal powalił nas pierwszego dnia na kolana, a później już było tylko lepiej…

Jeden z kolejnych dni postanowiliśmy spędzić na wyspach liparyjskich. Wybraliśmy się autem do Millazo, skąd promem planowaliśmy udać się na Stromboli. Niestety w żadnym z posiadanych przez nas przewodników nie było informacji, że promy wycieczkowe pływają tylko latem, a te, które pływają regularnie mają bardzo okrojony rozkład, dostosowany do trybu życia mieszkańców poza sezonem. W efekcie zamiast wymarzonego „pokazu wulkanicznych fajerwerków” na Stromboli  dotarliśmy na Volcano. Zdobyliśmy całą rodziną szczyt wulkanu i uprosiliśmy lokalnego restauratora o obiad… Uprosiliśmy to bardzo dobre słowo. Dotarliśmy na wyspę koło południa. Oprócz nas wysiadło z promu raptem kilka osób i żadna z nich nie była turystą. Wyspa wyglądała na wymarłą, jak nasze rodzime Władysławowo pod koniec listopada. Jedyne regularnie działające miejsce to pub w porcie… a tam do jedzenia, poza odgrzewanym w mikrofali aranchini i frytkami w zasadzie nic. Uratowała nas nasz dociekliwość. Wyszliśmy z założenia, że mieszkańcy wyspy muszą gdzieś jeść, zaczepialiśmy więc po kolei różnych mieszkańców, aż się udało. Jeden z nich zaprowadził nas do Maurizio (http://www.laforgiamaurizio.it/website/). Okazało się, że właścicielem restauracji jest przesympatyczny Maurizio, który gości mieszkańców wyspy w godzinach wieczornych, ale nie w porze lunchu. Na szczęście nasze smutne miny zmiękczyły jego serce i dostaliśmy kolejny na Sycylii niezapomniany posiłek, który zakończyliśmy cantucini i winem z migdałów, tak Z MIGDAŁÓW. Smakowało wyśmienicie, lekko schłodzone, delikatne, trochę podobne do Ameretto, ale jednak zupełnie inne.

Kolejne dni upływały nam na przeróżnych wycieczkach, zjechaliśmy pół wyspy spędzając w aucie dość dużo czasu niestety, ale warto było. Sycylia jest urokliwa i niezapomniana. Ukryte zatoczki, przepiękne plaże, słońce i temperatura tak inna od tej, która panowała u nas w kraju zdecydowanie zrekompensowała nam fakt, że poza sezonem trzeba na jedzenie zapolować, nawet w samym sercu wyspy, czyli w Palermo.

Tu zdecydowanie polecić Wam mogę trzy miejsca:

  • targ Mercato Ballarò,
  • Trattoria Michele e Jolanda
  • Osteria Mercede

Te miejsca oczarowały mnie najbardziej, ze wszystkich gastronomicznych zakątków Palermo. Targ Mercato Ballarò to kolaż barw i zapachów. Według mnie najlepsze miejsce na streerfoodowe śniadanie. Ja zajadałam się bułką ze śledzioną, lub bułką z ricotta i pomidorami. Do tego pyszna kawa i rano nic więcej nie trzeba. Na targu kupić można w zasadzie wszystko, i nie mówię tu tylko o jedzeniu… za to jedzenie jest tam wyśmienite.

Jednego dnia w Palermo idąc do słynnych katakumb trafiliśmy do Trattorii Michele e Jolanda (https://www.facebook.com/pages/Trattoria-Family-by-Michele-and-Iolanda/145108258983728). Właścicielami jest włoskie małżeństwo, jak nazwa wskazuje. Michele jest przesympatycznym mężczyzną, który zabawia swoich gości przez cały czas, racząc ich opowieściami o swojej rodzinie, ich gospodarstwie, oraz ich wyrobach. Okazało się, że restauracja jest totalnie samowystarczalna. Produkty z jakich Jolanda wyczarowuje swoje pyszne dania pochodzą z gospodarstw rodzinnych, rodziców, czy kuzynów właścicieli. Ricotta, którą zaserwował nam Michele była tak pyszna, rozpływająca się, że nawet teraz myśląc o niej mam ślinotok.

Ostatnim moim sycylijskim odkryciem była Osteria Mercede (https://www.facebook.com/osteriamercede/), która mieściła się dosłownie 200 m od naszego apartamentu. Bardzo ubolewam, że trafiliśmy tam ostatniego wieczoru, ale na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy, to pewne. Dzień, w którym tam trafiliśmy, był dniem rybnym, co oznacza, ze wszystkie podawane dania były na bazie ryb i owoców morza. Kucharze w tej restauracji gotują codziennie co innego, bazując na zakupach dokonanych na przyległym Mercato Ballarò, każdego dnia jest inny temat przewodni, raz jest to kuskus, innym razem krówka, a jeszcze innego dnia dania wegetariańskie. Miejsce szczególne, pyszne i z fantastycznym winem.

Podsumowując mój, niestety, krótki pobyt na Sycylii mam tylko jedną refleksję, koniecznie muszę tam wrócić, po to aby kulinarnie móc ocenić 10/10, bo wiem, że Sycylia ma potencjał, jakiego poza sezonem nie udało mi się odkryć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *